Jak już pewnie zauważyliście, a jeśli nie, to Wam powiem - będę regularnie co tydzień dodawał jeden post, w którym będę się rozpisywał na jeden konkretny temat. Dziś postanowiłem napisać o zawodnikach, którzy szanują klub i jego pieniądze i o takich, dla których liczy się tylko pomeczowa wypłata na koncie...
W ostatnich latach mieliśmy dość częste przypadki, gdzie żużlowcy lecieli w kulki, ale również byli Ci, dla których pieniądze nie miały aż tak wielkiego znaczenia.
Jeśli dobrze pamiętam, to sprawa pieniędzy zaczęła się już 2 lata temu, kiedy jeden z braci Łagutów - Grigorij zaczął domagać się swoich pieniędzy od klubu wiedząc, że Włókniarz ich nie posiada i mu ich nie wypłaci. Padały astronomiczne sumy oraz pewnego rodzaju groźby. Ja się pytam - po co w polskim żużlu wirtualne kontrakty?! Gdzie tu jakakolwiek logika? Gdzie mają mózgi działacze klubowi, że do takiego stanu doprowadzają? Potem takie umowy kończą się upadłością i zaczynaniem od zera, a na tym cierpią tylko i wyłącznie KIBICE. Tak, to oni w głównej mierze są "sponsorami" danego klubu, dlaczego? Przecież przychodzą na mecze, placą te 30-40zł (w zależności od miasta) za bilety, kupują gadżety, a cała kasa idzie właśnie na klub! Potem nie wiadomo co się z nimi dzieje i wychodzą potem na koniec sezonu wszystkie krzywe sytuacje, jakie miały miejsce choćby w Częstochowie. Teraz, a przynajmniej tak mi się wydaje w Czewie są w miarę poukładani ludzie i "dowiozą" dla swojego miasta PGE Ekstraligę już w najbliższej przyszłości.To samo tyczy się Tomasza Golloba, ikony naszego polskiego speedway'a. Jako wychowanek bydgoskiej Polonii powiedział, że nigdy przenigdy nie wystąpi w barwach odwiecznego rywala - toruńskiego Apatora. Hmm.. i co się dzieje w 2013 roku? Roman Karkosik - właściciel Unibaxu, wyłożył grube siano dla Golloba, a ten od razu tam poszedł... Chyba nie muszę tego komentować.
W Grodzie Kopernika jest już podobno dogadany i kwestią czasu jest podpisanie listu intencyjnego, ale z drugiej strony wkroczyła Zielona Góra, która jeszcze miesiąc temu praktycznie ogłaszała upadłość, a teraz ma miliony na koncie. Przypadek? Nie sądzę.Myślę, że gdyby nie wkroczenie do akcji Falubazu, to Greg już dawno ogłosiłby się, że jest zawodnikiem "toruńskich Aniołów". Dlaczego tego nadal nie zrobił? Strzelam, że Zielona Góra dała mu taką ofertę z serii nie do odrzucenia. Tutaj rodzi się kolejne pytanie - czy dla Grega liczy się szacunek do klubu czy pieniądze?
Szacunek dla Torunia z tego względu, że już podobno był z nimi po rozmowach i ustalił szczegóły kontraktu, a pieniądze, bo zapewne współwłaściciel zielonogórskiego Falubazu - Senator Robert Dowhan wyłożył grube miliony dla niego i sam zawodnik zastanawia się co zrobić. Co to oznacza? Dla Hancocka liczy się tylko i wyłącznie gruby pieniądz na koncie. Oczywiście, trochę go rozumiem, bo chce pójść tam gdzie dają więcej, ale jeśli już coś się obiecuje, to powinno się to dograć do końca, a nie w ostatniej chwili "uciec". Możecie się ze mną nie zgodzić, ale trochę już siedzę w żużlu i wiem jak to niestety wygląda. To jest tylko i wyłącznie moje zdanie, z którym nie każdy musi się zgodzić.
Rozumiem, żużlowiec to też człowiek, pracuje na własne utrzymanie sprzętu, samego siebie i rodziny. Wymaga od swojego pracodawcy (czyt. klubu) swojej wypłaty. Wystawia fakturę po meczu i oczekuje na przelew. I tutaj pojawia się pytanie, bo jeśli on sam wie, że nie dostanie tych pieniędzy, to po co na cały żużlowy kraj oczernia klub i wytyka mu wszystkie niezgodności? Rozumiem, że jest złość, chęć odzyskania swoich ciężko jakby nie patrzeć zarobionych pieniędzy, ale szacunek do klubu też jakiś powinien mieć, tak? W wielu przypadkach liczy się tylko i wyłącznie hajs i nic więcej... Czasami nie wierzę, że tak się dzieje.
To samo tyczy się Tai'a Woffindena. Tegoroczny IMŚ w swojej przeszłości miał ciężkie chwile we Wrocławiu. Gdy klubowi się nie wiodło i nie było pieniędzy, Brytyjczyk i tak został mimo tego, że co rok miał ucinany kontrakt, ze względu na problemy finansowe wrocławian. Co jest w tym najpiękniejsze? Popularny Tajski miał mnóstwo ofert z innych klubów, które dawały mu kilka razy większą wypłatę niż we Wrocławiu. Pomimo tego i tak został na dolnym śląsku. Dlaczego? Bo obiecał, że zostanie! Dla niego również nie liczyły się pieniądze, a oddanie i szacunek dla klubu.
Podsumowując ten post - pieniądze to nie wszystko, a żużlowiec to też człowiek. Każdy chce dostać swoją wypłatę za daną pracę, ale jeśli wie, że jej nie dostanie, to nie powinien oczerniać klubu w taki sposób, że śmieje się z niego cała Polska. Takie jest moje zdanie.
Z góry dziękuję za udostępnienie swoich zdjęć GREGORY FOTO i Patrycji Mazurkiewicz ! :)
Kolejny post już za okrągły tydzień! <3
A na deser...



stek bzdur i sprzeczności...własne przemyślenia ze stronniczą tezą... brak obiektywizmu...
OdpowiedzUsuńjeden tylko przykład... Nicki... jak wyglądał jego szacunek do klubu z Rzeszowa gdy jeździł w GP a w lidze jakoś sił brakowało,może jeszcze przykład Gafurowa... jak nie Wybrzeże to gdzie? dobry pieniądz to pieniądz w ręce... Nie ma takiego zawodnika który swoją przynależność klubową postawią ponad wszystko ,czasem zmieniają kluby bo potrzebują innych wyzwań,nie zawsze chodzi o kase,a czasem jest tak że jeśli zawodnik od początku jest wierny klubowi to po jakimś czasie klub z niego rezygnuje ,czytaj Baliński,Huszcza... teraz sport to praca !! i tak to trzeba traktować jest usługa jest wynagrodzenie... A co do wynagrodzenia.... jeśli pański pracodawca zalegałby panu z kasą za trzy miesiące(a zawodnicy czekają o wiele dłużej ) ile jeszcze takich wypocin pojawiłoby się z pańskiej strony?
Dziękuję za dodanie opinii ;) Mam nadzieję, że następne posty będą dla Pana ciekawsze. Pozdrawiam! :)
OdpowiedzUsuń